Jechałam ze Smokiem. Smok to taka nasza lokalna gwiazda. Wygrywa niemal wszystko, a już na pewno w swojej kategorii. Puszczę Bydgoską zna jak mało kto. To on jest autorem trasy Metropolii Bydgoszcz Maratonu MTB. W jego towarzystwie powitać wiosnę to pomysł szalony – myślałam.

Wszystkiemu jest winna Rowerowa Brzoza, która od kilku lat organizuje powitanie wiosny na rowerach. Trochę też jest winny Książe, który wybił mi z głowy zapisanie się na trasę turystyczną i zaproponował jazdę ze Smokiem po trasie maratonu. Nie bez winy jest i moja ambicja, która pragnęła poznać coś nowego i przy okazji potrenować.

Dobrego złe początki

Wycinka na trasie Maratonu, fot. Andrzej Czasowiec

Wycinka na trasie Maratonu, fot. Andrzej Czasowiec

Pomysł okazał się zacny, choć początek dla mej psychiki był ciężki. Mam na myśli pierwszy podjazd. Który, jak bum cyk cyk, podjechałam już nie raz. Ot taka góreczka, na która naprawdę znalazłam sposób. A wyglądało to tak, że krzyczy mi taki Kermit, że dam radę podjechać, a ja dumnie odpowiadam, że spoko, wiem o tym. Po czym grzęznę. Zatrzymuję się gdzieś w połowie i podprowadzam. Kto mi teraz uwierzy? No, kto?

Dzięki tej pierwszej porażce uświadomiłam sobie, jak inaczej się jedzie w ścisku, wśród większej ilości rowerzystów. Kiedy unosi się kurz, rozpędzić się trudniej, a i nie bardzo możesz decydować, gdzie dokładnie koło skierować. O tym decyduje wolne miejsce, czy prędkość ludka przed Tobą. Jest inaczej.

Kolejne minuty nie były dla mnie wiele łaskawsze. Smok, jak to Smok, w ogóle nie zraził się niedawną wycinką oraz sporą ilością gałęzi na trasie i poprowadził grupę w sam jej środek. Jechałam więc po konarach, dając się niemal wszystkim wyprzedzić. Niby to nie był wyścig, ale po tej pierwszej górce potrzebowałam podnieść jakoś swoje ego. Na to jednak przyszło mi jeszcze długo poczekać.

Po minięciu wycinki, zrobiło się przyjemniej, momentami luźniej. Pojechaliśmy chyba odrobinę inaczej niż to jest na Maratonie. Górki były znośne, podjeżdżałam je dzielnie. Jak zresztą niemal wszyscy. Później czekaliśmy. Takie czekanie uskuteczniane było co jakiś czas. Grupa się rozciągała i było to konieczne. Tutaj Smok miał litość.

Dobrego radosne zakończenie

Szczególnie podziwiałam jedną znajomą, co podjeżdżała górki, które ja niestety odpuszczałam. Inni podprowadzali, ona boczkiem ich mijała. Nawet Smocza jej nie straszna. Umyślnie poświęcam jej akapit na gratulacje. Monika, ciśniesz!

Ja choć nie mogę się pochwalić aż taką siłą w nogach, doczekałam się i swoich osobistych sukcesów. Po każdym z nich wołałam z dumą Księcia, wrzeszcząc wniebogłosy, jaką to niesamowitą czynność wykonałam. Z pewnością nie on jeden usłyszał moją niezrozumiałą radość.

Tu nadchodzi moment na i dobre strony jazdy w grupie. Rośnie motywacja, a ludki obok dają ci dodatkowego kopa.

Pierwszy mój osobisty sukces, to stosunkowo mała górka, ale stroma i taka, której jeszcze nigdy nie podjechałam. Jadę sobie grzecznie, mówiąc do Księcia z rezygnacją, że tego i tak nie podjadę. On na to krótko, że dam radę i pruje do przodu. Ja kręcę. Obok mnie pojawia się Czasowiec, którego dobrze wspominałam z krótkiego wywiadu przed startem i fajnej energii, którą się wówczas dzielił. Coś może i nawet mówił do mnie, ale nie dla mnie były pogawędki w środku stromej górki. Kręcę zaciekle, chyba chcę dobrze wypaść przy tym pozytywnym człowieku. I udaje się. Krzyczę do Księcia, czy widział. On twierdzi, że widział (w co nie wierzę ;p bo nie mógł tak szybko jadąc do przodu). Zyskuję +100 do dobrego samopoczucia.

Na fali chyba tego sukcesu niedługo potem podjechałam kolejną górkę, z którą miewałam problemy. Cieszę się jak dziecko. Teraz to już z górki.

metropolia_wiosna_2

Z tym z górki, to przesadziłam, bo dojechaliśmy dopiero do serii najbardziej imponujących podjazdów. Stromych i piaszczystych. Nieliczni je pokonywali na dwóch kołach. Większość uskuteczniała podprowadzanie w różnych śmiesznych stylach. Bez kompleksów do nich dołączyłam.

Na deser Smocza Góra. Ja ostatni fragment podprowadzałam, zionąc niczym smok (ale nie ten z poprzednich akapitów ;p). Książe ładnie wjechał i jeszcze z rozpędu by mi nie dał spokojnie odsapnąć. Musiałam protestować.

Najgorsze było za nami. Jeszcze tylko szybki zjazd, kilka mniejszych pagórków i dojechaliśmy do drogi dla śmiertelników. Stamtąd już spokojnie po płaskim. Nieco szybciej, gdy pomyśleliśmy o czekających (i zapewne kończących się) kiełbaskach. Na szczęście na miejscu było czym się posilić. Humory dopisały, a w drodze powrotnej też niespodziewanie mieliśmy namiastkę mtb. W ten sympatyczny sposób powitaliśmy wiosnę.

To było niezwykle cenne doświadczenie. Jazda w grupie to inna para kaloszy. Wymaga dodatkowego skupienia, sprytu. Jest też jednak motywująca i często weselsza.

Wiosna powitana, teraz i Ty cho na rower!