Chociaż oglądanie się za siebie zazwyczaj mniej mi się podoba niż snucie planów co do przyszłości, tym razem z pewnym zadowoleniem mogę podsumować ostatni miesiąc mojej aktywności fizycznej.

1660 min – tyle mniej więcej poświęciłam czasu na przebieranie nóżkami, w tym 5 godz na bieganie i aż 22 godz 40 min na rower. Myślę, że proporcje były słuszne. Ze względu na brak czasu i inne, bardzo ważne dla mnie cele, nie związane ze sportem, bieganie sobie odpuszczę, a co zaoszczędzę czasu, wykorzystam na kręcenie. Maraton coraz bliżej, a moja forma wciąż nie taka.

Tak natomiast przedstawia się wykres moich aktywności w marcu.

trening_marzec_2015

 

Bieganie

Jak widać na powyższym wykresie, w pewnym momencie przestałam biegać. Mój ostatni bieg odbył się 15 marca w Myślęcinku. Wtedy to zrealizowałam jeden ze swoich tegorocznych celów – przebiegłam 10 km w czasie poniżej 60 minut i zgodnie z planem cieszyłam się z tego nieziemsko. Od tego momentu przestałam zwyczajnie biegać. Brak czasu. Nie wykluczam, że sobie jeszcze potruchtam dla zdrowia, ale priorytet, przynajmniej do połowy maja, przejął rower.

Rower

Ponownie nie przejechałam trasy maratonu, przynajmniej nie całej, ale dwukrotnie udało mi się zaliczyć jej pokaźny fragment. To też robiło robotę. Dzięki temu odhaczyłam dwie ambitniejszy trasy po około 60 km – w ponad połowie po lesie. Była wycieczka do Samociążka, była i do Solca. Kilka razy jechałam nad Kanał Bydgoski, dwa razy zrobiłam sobie rundkę po mieście z podjeżdżaniem okolicznych wzniesień. Naprawdę czuję, że jest, co wspominać.

Ostatnio, co warto odnotować, nabieram nieco odwagi przy zjazdach. Bywa, że zjeżdżam w lesie z prędkością około 35 km/h. W takich momentach martwię się wręcz tym, że jeżdżę bez kasku. Ale i kask możliwe, że niebawem zdobić będzie moją głowę niczym korona. Wtedy się pochwalę co i jak, bo z kaskiem to ja miałam/mam przygód sporo.

Podjazdy wciąż są dla mnie trudne. Często podprowadzam. Smoczej Góry nie zdobyłam na dwóch kółkach i nie zapowiada się, by to prędko nastąpiło. Techniki nie mam wręcz żadnej, ale ćwiczenie czyni mistrza. Jestem początkującą rowerzystką, więc mogę sobie wiele wybaczyć. Taki luksus. 🙂

Rower, choć śliczny w moich oczach, to bywa, że mnie stresuje ciągłym rozregulowaniem. Szczególnie przerzutki przyprawiają mnie o ból głowy.  😉

Rozciąganie, czy dieta?

Kompletnie nie ruszana kwestia i nie mam na tę chwilę pomysłu, jak ją wdrożyć w życie w miarę sprawnie. Na tę chwilę odnotowałam już dwa upadki. Chciałam się rozciągać, ale coś czuję, że w kwietniu jeszcze nie będę umiała się za to zabrać. Myślę zatem o postawieniu w tym miesiącu na inny punkt – dietę. Tu też mam sporę problemy, bo choć regularnie robię sobie superśniadania (otręby, płatki owsiane, mleko, orzechy, rodzynki, owoce), to równie niemal regularnie dokupuję sobie ostatnio do pracy wafelka, czekoladkę czy inne smakołyki. O ile jestem w stanie zaakceptować takie wspomagacze podczas rowerowego wysiłku, o tyle siedząc 8h przed monitorem nie spalam wystarczająco klepiąc w klawiaturę, by nie czuć z powodu zajadania się batonami wyrzutów sumienia. Zatem misja na kwiecień (od 7 kwietnia ;p bo święta rządzą się swoimi prawami)  – słodycze jadam tylko podczas, lub niedługo po intensywnym wysiłku fizycznym.