Oto krótka historię tego, jak Kasia doczekała się własnego pierwszego roweru.

***

Świadomość włożonego kija za siodełkiem, którego wielkie ręce taty co chwile to puszczały, to łapały, zaburzając już zaburzoną równowagę, przyprawiały ją niemal o łzy. Miała kilka lat. Spędzała wakacje na wsi u dziadków. Starszy brat śmigał już po ścieżkach na czerwonym składaku. Teraz tata próbował nauczyć ją tej sztuki. Bezskutecznie. W końcu stracił cierpliwość. Ku jej wielkiej uciesze.

– Daj mi spróbować – zawyrokowała Kasia, zwracając się do brata kilka dni później. On, jak na faceta przystało, wczuł się w rolę specjalisty i dawał jej zupełnie niezrozumiałe rady. Kasia, wczuwając się w rolę wdzięcznej młodej kobiety,  potakiwała grzecznie głową. I wsiadła. I pojechała. Ot tak. Ni stąd, ni zowąd. Tym sposobem nauczyła się jeździć na rowerze. Ale to nie był jeszcze jej rower.

Rower mamy, rower babci, rower Księcia…

Rower dostał starszy brat. Piękny rower górski marki Romet, który przez wiele lat zachwycał swoją niezawodnością. W owych czasach dostawało się rowery na pierwszą komunię. Taka tradycja. Chyba wieloletnia, bowiem rodzice Kasi też z tej okazji otrzymali swoje pierwsze rowery. Ona jednak jakoś nie. Nie było jej wielce smutno z tego powodu. Jeździła często na mamy składaku, który ze względu na nożny hamulec i możliwość robienia nim efektownych wiraży na piachu, musiała oddawać bratu do zabawy.

Później jeździła na rowerze babci, która zapragnęła rozruszać nieco starsze kości. To już był góral, choć w stylu marketowym. Często spadał mu łańcuch, przerzutki używało się z pewną nutą niepewności. Rower trzymany był na działce, więc tylko będąc tam, robiło się kilkukilometrowe wycieczki.

Przełom nastąpił, gdy Kasia bardziej podrosła, a na jej drodze pojawił się Książe na białym rowerze. Zabierał ją na piękne wyprawy i pokazywał nieodkryte zakątki. Przez jakiś czas użyczając jej nawet swojego białego rumaka. Tym sposobem Kasia poznała, co dobre. Ku nieszczęściu Księcia – nawet za bardzo. Gdy ten zaopatrzył się w kolejny rower górski, na którym mogłaby z nim jeździć na wycieczki, kręciła nosem. A to, że amortyzator za słaby, a to, że rama za duża, a to, że kolor nie taki. W końcu jednak troszkę odpuściła bycie królewną na ziarnku grochu i zaczęła ochoczo śmigać na użyczonym jej rowerze.

W drodze do własnego R.

To była taka cicha umowa, że kiedy w końcu Kasia wymieni, co trzeba, by rower się dla niej nadawał, będzie jej. Książe był przekonany, że wystarczy wymienić ramę, ale w głowie Kasi zrodziła się bardziej rozbudowana wizja. Momentami nawet za bardzo. Jej budżet zaczął protestować. Po kilku tygodniach poszukiwań, analiz oraz liczenia, do komnaty Kasi zawitała rama Radon ZR Race Team. Używana, ale śliczna. Rower w magiczny sposób złożył Książe. Kasia dzielnie asystowała. Jeszcze kilka części czeka na wymianę oraz regulację, ale już dzisiaj można uznać, że Kasia doczekała się własnego R…Radonika.

Pierwsza nauka? Nie grzeb w radosnych pląsach śrubokrętem w Radoniku! Od tego jest Książe! Koniec i kropka!

A Twój pierwszy rower? 🙂