Najeść się po przejechaniu maratonu – tak zdefiniowałam sprytnie jeden z moich celów na 2015 rok. Nie ma tu mowy o żadnym czasie, czy konkretnym miejscu. Po prostu przejechać, a później posilić się w bazie zawodów. Wygląda to trochę tak, jakbym nie miałam w tym zakresie żadnych większych ambicji. To nie do końca tak. Czuję presję.

Jakoś tak się złożyło, że ten rok jest rekordowy pod względem ilości kobiet, które postanowiły przejechać Metropolię Bydgoszcz Maraton. Na mniejszy dystans zapisało się już blisko 40 rowerzystek, kiedy to w poprzednich latach bywało ich najwyżej kilkanaście. To niby nawet dobrze, ale tak się złożyło, że wśród tych rowerzystek, są też znajome. Też pierwszy raz startują. Też starają się trenować, pokonywać własne słabości oraz polepszać swój czas. I tu zaczynają się schody. Bowiem Kasia, co odważyła się założyć bloga, zdaje się, że robi nieporównywalnie mniejsze postępy.

Wszystko pierwszy raz

Szymonbike ten etap cyklozy ma już za sobą i może się chłopak mądrzyć na lewo i prawo, jak fajno jest bez spiny jeździć po Calpe, podziwiając nieziemskie widoki. Mnie natomiast kręci fakt wystartowania w pierwszych zawodach. Raduję się z każdej pierwszy raz podjechanej górki. Kupuję i zaczynam używać nieznane mi wcześniej akcesoria rowerowe: kask, bukłak czy licznik z pomiarem kadencji. Coraz poważniej planuję kupno pierwszych butów SPD. Dużo nowości, jeszcze więcej do odkrycia. Żyć, nie umierać.

Bez spiny

Gdzieś jednak wśród tego zamieszania i poznawania nowych rzeczy, pojawia się niepewność. Kasia, ty leniu, jak Ty sobie poradzisz? Laski cisną, a Ty tu chipsy jadasz! Robisz powolne postępy! Za mało z siebie dajesz! Masz słaby czas, i wstyd, i słabo, i be!

Ale „be”, to tak sobie humor psuć. Rywalizacja jest dobra, ale nie najważniejsza. Wynik się nie liczy? Ano się liczy, ale nieco inaczej. Jako kompletna amatorka, która wystartuje w butach zimowych (by mieć lepszą przyczepność do pedałów) mam masę argumentów za tym, by móc jakoś usprawiedliwić swój gorszy czas. Ba, mam masę powodów, by być zadowoloną z niemal każdego czasu. Jestem w komfortowej sytuacji i nie mam zamiaru się dołować swoją gorszą dyspozycją.

Wszystkim zawodnikom życzę dużo uśmiechu na trasie, silnych łydek, smacznego izotonika, pięknych wspomnień i ogromu radości na mecie. 🙂

Pamiętaj, już wygrałeś, jeśli wyszedłeś ze swojej strefy komfortu i zaryzykowałeś. I jeśli w wyniku tego będziesz czuć zadowolenie (a coś czuję w kościach, że będziesz), to taki wynik z pewnością się liczy!

Powodzenia i niech każdemu noga podaje!

PS. Nie będę jednak podsumowywać moich kwietniowych aktywności. Pokrótce tylko napiszę, że około 1400 minut rowerowania odnotowałam w tym miesiącu, co jest niemal identycznym czasem jak w marcu. Natomiast w maju pierwszy raz przejechałam całą trasę maratonu i na tę chwilę na pustej drodze mój najlepszy czas to 02:04:11. Jest więc, co poprawiać. 😉