Nie na bieżni, nie z przerwami i nie naokoło mojej chałupy, ścigając się z własnym wynikiem z endomondo. Będzie o tym, jak przebiegłam swoją pierwszą dychę na oficjalnych biegu z pomiarem czasu. Z numerem startowym i pamiątkowym medalem. To już nie przelewki.

W połowie marca 2015 roku przebiegłam swoje pierwsze, oficjalne 10 km! Wykorzystałam w tym celu imprezę RUN Myślęcinek. Czas, nie bagatela, 56 min 38 sek.! Udało się i tym samym włożyłam kij w mrowisko. Teraz cele będą trudniejsze, postępy wolniejsze, a ja bardziej przerażona.

Po pierwsze tym razem lepiej się przygotowałam. Lepiej niż do mojego pierwszego biegu z pomiarem czasu w tamtym roku – na 5 km. Pisząc lepiej wcale nie mam na myśli treningów (gdybyś jednak chciał wiedzieć, co i jak, to tu i tu dość szczegółowo o nich klepałam na klawiaturze).

Jak się radować, to z bliskimi

Choć wiem, że nie porywam się na światowe rekordy, nie jestem Mariką Popowicz, ani nie występuję w Mam Talent, to już zdążyłam odkryć, jak ważne mieć kibiców. Bliskich, do których po takim bieganku się uśmiechniesz, rzucisz na szyję, czy wycałujesz. Pomachasz medalem, jak wygranym kuponem w totka. Ten medal, to może być Twoja życiówka, twoje ruszenie dupska zamiast scrollowania facebooka, coś czego wcześniej byś się po sobie nie spodziewał. I choć obiektywnie rzecz ujmując, możesz być tak szybki jak ślimak, masz co świętować. A jak się radować, to z bliskimi. O tym już wiem i tu należą się podziękowania. Bo znalazł się znajomy, co mnie przywiózł na miejsce startu, znalazła się mama, co przywitała na mecie i nawet nieco niespodziewanie znalazł się i Książe na swoim rumaku. W takich warunkach to ja mogę biegać.

Kilka słów o tym, jak się biegło

Pogoda była po mojej stronie. Lekko chłodno, wcześniej mżyło. Dzięki temu nie ubrałam się za ciepło. Lubię chyba takie warunki. Biegło mi się dobrze. Początkowo wolno, może nawet zbyt wolno. Pierwsze 5 km pokonałam w nieco ponad 29 minut. Dzięki temu jednak miałam równy, spokojny oddech i sporo sił w zapasie. Ta strategia pozwalała też wyprzedzać, a to dodatkowo motywowało. Czułam się wtedy taka pro, mimo zajmowania niemal 9-setnego miejsca. Poważniej przyspieszyłam koło 9 km, by na ostatnich kilkuset metrach osiągnąć prędkość światła i przebiec linie mety z tryumfalnym grymasem na twarzy, który ze względów estetycznych został ocenzurowany przez administratora bloga. Czyli mnie. 🙂

Czy cel został osiągnięty?

Ukończenie tego biegu znalazło się na liście moich 12 celów na 2015 rok. Chciałam ukończyć go poniżej 60 minut i to się udało. Zasłużyłam na trzy gwiazdki, bo go przebiegłam, nie zatrzymałam się ani razu i czas był poniżej godziny. Cel okazał się zatem dużo łatwiejszy niż przewidywałam.

Teraz wypadałoby kolejną dychę przebiec lepiej. 55 minut?  No ok, niech będzie. Pożyjemy, zobaczymy. 🙂

run_bydgoszcz_myslecinek